21.02.2011 ŚMIERĆ ZA ŻYCIA
Dziś w nocy umarłem, tak bezboleśnie i bezkrwawo, bezwypadkowo i beztabletkowo, bez kadzideł i lamentów wzniesionych ku niebu... sen był wyraźny i bardzo naturalistyczny. Po prostu, w którymś momencie wiedziałem, że już nie żyję. Czy coś się zmieniło? Nie, nadal byłem na urlopie wśród zieleni, słońca, o tak, było mnóstwo światła, atmosfera przyjazna i swobodna. Najdrobniejszy szczegół obrazów malujących się przed moimi oczami widziałem bardzo wyraźnie, precyzyjnie, tak jak i ludzi siedzących tuż obok. To co sprawiło ból odczuwalny niemal na poziomie fizycznym to świadomość, że z bliskimi będącymi na wyciągnięcie ręki nie mam kontaktu, nie mogę przekazać im już absolutnie żadnej informacji, myśli, nie mogę się z nimi dzielić, nie ma przepływu... piekło. Przez cały czas zastanawiałem się jak mam to zrobić by przekazać wieść, jak przeniknąć „granicę”... aż do wybudzenia się.
Spory fragment życia poświęciłem i nadal oddaję temu, by umieć i móc skomunikować się z drugim człowiekiem i im więcej wiem, im więcej pracuję nad swoimi umiejętnościami stan „połączenia” wciąż jest trudny do osiągnięcia. Poddać się? Nie, ono mnie zamraża, odcina, sprawia, że sen staje się jawą. Zamiast niego inicjuję nieustający, dynamiczny proces zbliżania się do momentu istotnego, głębokiego, momentu KONTAKTU. Chcę go doświadczać jak najczęściej, chcę umieć z niego czerpać jak najwięcej. Tak, wówczas jestem szczęśliwy.
Jak się czujesz kiedy nie jesteś zrozumiana, kiedy nie jesteś wysłuchany? Co czują inni kiedy kolejny raz ich zignorowaliśmy, odrzuciliśmy, zanegowaliśmy? Zastygamy, wycofujemy się, wypełniamy magmą emocjonalnych toksyn i iluzji, wysadzamy mosty pomiędzy naszymi światami po czym zdychamy z głodu dotyku, rozmowy, współbrzmienia, czekając na gest... piekło. Czy na prawdę musimy umrzeć by go doświadczyć...?

